Nie oglądałam w swoim życiu specjalnie dużo filmów skandynawskich ale po seansie "Zabójców bażantów" moja ciekawość jest odrobinę rozbudzona.
Film opowiada o jednostce policji zajmującej się rozwiązywaniem archiwalnych spraw. Tym razem chodzi o brutalne morderstwo rodzeństwa, za których śmierć już ktoś został skazany, jednak potencjalny świadek rzuca na sprawę nowe światło.
Od pierwszych minut wszystko jest niemal jasne. Widz właściwie nie ma wątpliwości kto jest sprawcą ale mimo tego nie brakuje w tym filmie napięcia, niepewności i wątpliwości. Nie ma tu efektownych pościgów, akcji czy wybuchów. Jest za to niespiesznie prowadzona fabuła, ciekawi bohaterowie i obdarta z konwenansów ludzka natura.
Podoba mi się to, że skandynawskich twórców stać na to, na co nie pozwalają sobie, stawiający na zyski hollywoodzcy filmowcy: mrok, brutalność, i kameralną atmosferę.
Oglądając ten film miałam w pamięci polski "Jeziorak". Okazuje się, że Mazurom wcale nie tak daleko do mrocznych zakątków Skandynawii.
Wiem, że "Zabójcy bażantów" to film oparty na książce pod tym samym tytułem autorstwa Jussi Adler-Olsen jednak nie wypowiem się na temat jakości ekranizacji ponieważ powieści niestety nie czytałam. Zwykle jest tak, że to ciekawa książka zachęca mnie to obejrzenia jej ekranizacji. Tym razem za najlepsze podsumowanie filmu może być fakt, że powieść "Zabójcy bażantów" znalazła się na mojej (nieustannie się powiększającej) liście "do przeczytania"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz